O autorze
Na chwile obecną krakowski uciekinier z korporacyjnego "lajfstajlu". Po 10 latach pracy w open space'ach, ściganiu deadline'ów i gonieniu za marketingowymi lead'ami postanowiłem zrobić przerwę w karierze, czyli po obcemu "career break". Wybór padł na Amerykę Łacińską, w której żyję od września 2015. Pierwsze miesiące upłynęły pod znakiem wolontariatu w Peru i Kolumbii. W tym drugim kraju postanowiłem zagrzać miejsce na dłużej. Co będzie dalej? Pojęcia nie mam, ale właśnie to poczucie wielkiej niewiadomej cieszy mnie najbardziej! Od początku mojej przygody na drugim końcu świata prowadzę bloga i fanpage na Facebooku o nazwie 'Career Break in Latin America', na którym codziennie staram się publikować artykuły, filmy i zdjęcia, które niosą jakąś wartość i mogą wnieść coś do życia innych. Innymi słowy treści lajka warte!

Facebook
antonisikora.pl

Cali - raj dla zuchwałych

Cali. Miasto, o którym myślałem od dłuższego czasu ale jakoś nie wychodziło mi żeby się do niego dostać. Hostele i szkoły języka, z którymi próbowałem się skontaktować pozostawały głuche na moje zapytania. Czas mojej kolejnej przeprowadzki do Apartado, a później do Medellin zbliżał się dużymi krokami i myślałem, że do tego czasu zostanę już wyłącznie w Bogocie. No ale jednak jedną ze stałych i najlepszych części mojej przygody jest przecież jej nieprzewidywalność. Dlatego też w pewien piątek razem z moim amigo z Soachy wpadliśmy na pomysł żeby jednak odwiedzić światową stolicę salsy, dlatego też w sobotę byliśmy już na miejscu goszczeni "czem chata bogata" przez jedną z życzliwych mieszkanek tego miasta.


Cali jest dokładnie takie jaka jest Kolumbia. Albo inaczej. Jeśli Kolumbijczyk miałby być miastem byłby miastem Cali. Pisałem już o trudnej historii Kolumbii, od blisko siedemdziesięciu lat turbowanej krwawymi konfliktami wewnętrznymi, które rozpoczęły się zabójstwem jednego z polityków w biały dzień w centrum miasta i nie mogą zakończyć aż do dnia dzisiejszego. Najpierw był to konflikt polityczny. Konserwatyści kontra liberałowie. Socjalizm kontra kapitalizm. Prawa strona kontra strona lewa. Po kilku dekadach przemocy do konfliktu dołączyła się trzecia strona, która do skonfliktowanego kotła dodała brakujący element powodujący wrzenie - pieniądze. Mowa o Narcos, czyli kartelach narkotykowych które w latach 80 przeorały Kolumbię na dobre, budując jej niesławną reputację na całym świecie, i nadając Kolumbijczykom znamię, które nosić i znosić będą musieli jeszcze przez wiele lat. W momencie kiedy do gry weszły kartele i ogromne pieniądze konflikt wewnętrzny przestał być konfliktem ideologicznym i stał się po prostu wojną o wpływy i interesy. Dzisiaj mało kto orientuje się już, które z ugrupowań paramilitarnych jest bardziej prawicujące, a które lewicujące. Strefy niebezpieczne w Kolumbii to głównie tereny wiejskie i podmiejskie gdzie grupy partyzanckie walczą z władzą w sposób najgorszy z możliwych dla ludności cywilnej. Mowa o terenach zaminowanych, na których regularnie raz na pewien czas jakiś pechowiec wejdzie na minę tracąc nogę, rękę lub życie (więcej na ten temat polecam w mocnym reportażu przygotowanym przez portal Vice). W miastach strefy niebezpieczne to z reguły narkotykowe getta, do których po prostu nikt o zdrowym rozsądku się nie zapuszcza. O tym z kolei pisałem już kiedyś opisując swoją feralną eskapadę w pobliże dzielnicy określanej jako Bronx w Bogocie. Dlatego też, z każdym dniem utwierdzam się w przekonaniu, że jeśli masz głowę na karku i nie szukasz problemów, w Kolumbii możesz czuć się bezpiecznie.


Dlaczego tak długa wzmianka historyczna w moim wpisie na temat Cali, stolicy salsy? Żeby zrozumieć jego sytuację, a także mentalność mieszkańców. Z wszystkich miast, które odwiedziłem w Kolumbii o ile Medellin jest miastem najszybciej rwącym się w stronę przyszłości, o tyle Cali ma przed sobą jeszcze bardzo długą drogę. O "słynny przestępcy z Medellin" słyszał cały świat. Jego megalomania przysporzyła mu armię wrogów na całym świecie, co w końcu zakończyło się jego zabójstwem na dachu domu jego ciotki, z którego próbował czmychnąć po raz kolejny. O drugim pod względem wpływów kartelu kolumbijskim słyszało już znacznie mniej osób. Może dlatego, że kartel z Cali wolał skupić się na interesach, nie angażować w politykę i nie wychylać aż tak bardzo jak sławny Pablo Escobar. Z tego też powodu Cali obecnie wciąż jest miastem, w którym poziom bezpieczeństwa jest niższy niż w Bogocie, Medellin i innych miejscach, które odwiedziłem. Ulice Cali pełne są bezdomnych i narkomanów. Przez 4 dni, które tam spędziłem trudno było mi doszukać się dzielnicy biznesowej lub dzielnicy zarobasów, która w końcu gdzieś przecież musiała się znajdować - narcos kontrolujący większość obrotu białym proszkiem w Kolumbii nie mieszkali przecież w slumsach? Miasto jest bardzo duże i zamieszkałe przez ponad dwa miliony mieszkańców, mimo to i tak większość osób, z którymi skontaktowałem się za pomocą couchsurfingu chodziła do tej samej pizzerii, do tych samych klubów salsy.

Hotel Intercontinental, jeden ze stałych punktów spotkań znajduje się 50 metrów od rzeczki której obrzeża licznie zamieszkałe są przez bezdomnych. Kilkadziesiąt kroków od siedziby największego banku Kolumbii bezdomni na kartonach rozłożyli swoje legowisko.

Ten obraz miasta, który zbudowałem sobie przechadzając się po nim wzdłuż i wszerz nie do końca pasował mi do obrazu, który rysowały przede mną osoby, z którymi mailowałem i rozmawiałem na żywo. "Cali is a paradise!" "You gonna love my amazing city!" Entuzjazm, pogodność i optymizm mieszkańców Cali przypomniał mi historię, którą słyszałem już w Medellin. Kolumbijczyk to człowiek, który stoi w bagnie, zagłębiając się w nim bardziej i bardziej. Po pas, po pierś, po szyję. W momencie kiedy nieszczęśnik już prawie ma zatonąć nagle zauważa gałąź, której chwyta się i z całej siły, przepełniony nadzieją, nie patrząc wstecz podciąga w górę. Mieszkańcy Cali nie widzą, albo starają nie przejmować problemami, które wciąż ma to miasto. Każdy z nich zaciągnie Cię do klubu Salsy, gdzie stali bywalcy sami zapraszać Cię będą do tańca i oferować naukę salsy. Każdy z nich pokaże Ci koty znad rzeki, które widziałem chyba z piętnaście razy w ciągu czterech dni. Każdy powie Ci o lokalnych przysmakach i pięknej pogodzie. Tak, to jest chyba największa różnica między biednymi postsowieckimi krajami w Europie Wschodniej, a równie biednymi krajami Ameryki Południowej. Optymizm. Nie mówię tego z własnego doświadczenia, bo nie odwiedziłem tego kraju, ale w jednej z moich ulubionych książek pt. Geografia Szczęścia (która nawiasem mówiąc dodatkowo zmobilizowała mnie do mojej podróży) autor opisywał swoje wrażenia z pobytu w Mołdawii, jednego z krajów o najniższej poziomie szczęścia wśród jego mieszkańców. Podobnie jak w innych niezamożnych krajach, które nie mają wielu sukcesów i powodów do chwały każdy z mieszkańców podkreślał jakość jedzenia. Jednak w przeciwieństwie do Peru i Kolumbii mieszkańcom Mołdawii brakowało optymizmu i nadziei na lepsze jutro. Z mojej miałkiej wiedzy historycznej pokuszę się o stwierdzenie, że ten brak optymizmu spowodowany jest komunizmem, który skutecznie zabił lub zagłuszył go w mieszkańcach Europy Wschodniej, ale dalsze rozważania na ten temat pozostawiam historykom, politologom i antropologom. Faktem jest jednak to, że optymizm i właściwie poukładane wartości pozwalają Kolumbijczykom lepiej żyć.

Obiecuję, że do Salsy w Cali dojdę i napiszę dużo, dużo więcej. Nie chciałem jednak wrzucać wszystkiego do jednego wora z napisem "Cali". Podobnie jak Medellin to miasto i jego mieszkańcy zasługują na poświęcenie im więcej uwagi, dlatego do Cali wrócę na pewno. Klawiaturą mojego laptopa i może również osobiście.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...