Tydzień z życia Krakusa w Kolumbii cz. 1

Don Carlos, czyli najmilszy człowiek jakiego spotkałem w Solento
Don Carlos, czyli najmilszy człowiek jakiego spotkałem w Solento www.antonisikora.pl
Mówiłem już o tym x razy, ale co tam, powtórzę po raz kolejny. Każdego dnia tutaj w Ameryce Łacińskiej spotykam ludzi lub znajduje się w sytuacjach, o których spokojnie mógłbym pisać po jednym artykule każdego dnia. Czuję się jakby ilość doświadczeń, kontaktów czy nauczek, które zebrałem przez ostatnich pięć miesięcy, przekroczyła już listę doświadczeń, które zebrałem przez ostatnich pięć lat mojego 'poprzedniego' życia. Żeby nie być gołosłownym. Poniżej garść historii zaledwie z kilku dni...

Piątek:

Apartado. Mieszkam u gościa, który okazuje się być (eks)muzykiem znanym w całej Kolumbii, który całe życie marzył o tym żeby być... nauczycielem. Przez ostatnie 30 lat poza stałym zawodem (najpierw muzyk, później programista) prowadził szkoły języka w różnych miastach. Kiedy pytam, czy z kariery artysty coś mu pozostało, mówi, że poprzednia żona zabrała wszystko. Nie wiem ile w tym prawdy, ale przy flaszce Aguardiente (tutejsza alternatywa wódki) dobrze się tego słucha.


Sobota:
Apartado. W weekend kobieta, która przygotowuje posiłki w domu moich gospodarzy ma wolne, idziemy więc na almuerzo (obiad) do centrum handlowego. Zamawiamy kurczaki, które Kolumbijczycy podobnie jak Peruwiańczycy wprost uwielbiają. Jedzą je też z miodem, co akurat całkiem przypada mi do gustu. Siadając do posiłku Catalina (córka gospodarza), podaje mi plastikowe rękawiczki. Kiedy pytam 'po co?' odpowiada, że jak to, przecież do kurczaka! Pamiętam jak w jednym hinduskim hotelu w Tajlandii wszyscy goście, łącznie z biznesmenami w krawatach wszystkie dania spożywali ręką. Niezależnie czy była to porcja mięsa czy porcja makarony w sosie. W Kolumbii ręką nie chwyta się kurczaka bo się przecież ręka zabrudzi. Nie potrafię się jednak przekonać do tego zwyczaju, pozostaję więc przy swoich barbarzyńskich zwyczajach i konsumuję skrzydełka i nóżki gołymi rękami.


Niedziela:
Medellin. Wyjeżdżam z miasta, w którym bez przerwy jest trzydzieści stopni, do miasta w którym stopni bez przerwy jest dwadzieścia pięć. Podróż spędzam jednak w autobusie, w którym założyć muszę na siebie połowę garderoby, którą posiadam. Nie wiem o co chodzi z klimatyzacją w Ameryce Południowej, ale działa w trybie zero jedynkowym. Albo lodówka, albo gorąco. Dobrze, że w Peru kupiłem czapę. Nie sądziłem, że się jeszcze przyda.

Poniedziałek:
Medellin. Przez najbliższych kilka dni mieszkał będę u znajomego, która rodzina jest bardzo wierząca i bardzo praktykująca. I kiedy mówię bardzo mam na myśli bardzo, bardzo, bardzo. Nie są to katolicy, ale mniejsza o to. W tym domu Jezus ma miejsce numer jeden. Nie mam z tym żadnego problemu, po kilku dniach czuję jednak, że poza nim nie ma już miejsca na nic innego. Salsa, bachata i inne latynoskie tańce odpadają. Tutaj Pan Bóg tańca nie lubi. Muzyki innej niż gospel również nie posłuchasz. Cała muzyka latino jest przecież tylko o jednym. Mój znajomy, dobry chłopak, wyraźnie sobie z tym nie radzi i sam nie wie czy wybrać Jezusa czy reggaeton. Mentalność ma zdecydowanie kolumbijską i 'daje się wodzić na pokuszenie' z drugiej jednak strony trochę chciałby być jak jego żona. Kiedy nie opowiada mi o pięknych Kolumbijkach opowiada mi o Jezusie. Szczerze mam nadzieję, że uda mu się pogodzić niemożliwe do pogodzenia. W każdym razie, staram się nie dawać mu więcej okazji do zboczenia z jego ścieżki krzyżowej.


Wtorek:
Medellin: W instytucie języka angielskiego do którego zaprosił mnie mój nowy gospodarz poznaję siedemnastolatka o imieniu Kamil. Mama Kamila jest Polką, ojciec Kolumbijczykiem. Kamil za trzy miesiące wyjeżdża na rok do Polski, gdzie przez rok będzie się uczyć Polskiego i pracować. Kamil będzie miał w Polsce dobre życie. Ma lat siedemnaście ale wygląda na dwadzieścia dwa. Wzrost odziedziczył europejski, urodę latynoską. Jeśli są tu jakieś dziewczyny z Wrocławia chętne do zaopiekowania się zagubionym w nowej rzeczywistości zielonookim kolumbijczykiem - wkrótce będzie okazja :) Kamil, mówi mi, że w Polsce jest już jeden jego znajomy. Zwycięzca konkursu Mister Kolumbia, który bodajże od dwóch lat mieszka w Polsce i zachwala nasz piękny kraj pod niebiosa. Gość nazywa się David Angel i do Polski trafił na zaproszenia kolegi. Ci, którzy oglądają telewizję mogą kojarzyć go z programu Must be the Music, w który`m kiedyś się pojawił. Według Davida, Polacy nie doceniają piękna swojego kraju (!) więc postanowił zostać i promować dobre imię Polski w internecie! Ha, brzmi znajomo!? :) David na swoim fanpage pisze: "Projekt Jestem Polską ma na celu uświadomić Polaków kim są, jakie mają możliwości rozwoju, a także co Polska ma najlepszego do zaoferowania obcokrajowcom." Kurcze, chyba przemianuję swój blog na "Jestem Kolumbią!". Myślę, że dogadałbym się z tym gościem :)

Kolejne dni, o których napiszę już niebawem przynoszą kolejną porcję wrażeń. Dziwaczne tatuaże na czołach, walka z czasem i formalnościami aby nie musieć opuścić Kolumbii z dnia na dzień, spotkanie z dwiema dziewczynami, które z dzieciństwa doskonale pamiętają czasy Pablo Escobara... już niebawem. A teraz odrywam się od laptopa, żeby zobaczyć co przyniesie dzisiejszy dzień. Pozdro Polska!
Trwa ładowanie komentarzy...