Minęło kilka dni, wróciłem do Bogoty, gdzie spotkałem się z moim najlepszym kumplem, którego pozałem w Kolumbii, nota bene gościem z tejże niesympatycznej stolicy. Przypomniałem sobie niecodzienne wydarzenie z autobusu w Cali i pełen niesmaku przywołałem Cesarowi ze szczegółami całe zajście. Ten chłopak był z Bogoty tak? - zapytał Cesar. Z Universidad Nacional - dodał, ponownie otrzymując ode mnie odpowiedź twierdzącą. - To wszystko jasne. Chłopak bał się po prostu o swoje życie. - Przyznam, że takiej odpowiedzi się nie spodziewałem i zupełnie zbiło mnie to z tropu. Ale, że jak to? Jak moje wideo ma się do jego bezpieczeństwa? I tutaj przechodzimy do smutnej rzeczywistości, w której wciąż jeszcze znajduje się Kolumbia.
Mam nadzieję, że nie przeinaczę bardzo tego co powiedział mi Cesar. Jeśli znajdzie się jakiś polskojęzyczny Kolumbijczyk w gronie czytelników, może doda też więcej głębi do tej historii. Z słów Cesara wynikała jednak historia następująca. Uniwersytety w stolicy, szczególnie uczelnie publiczne, to miejsca, w których rodzą się, rosną i ścierają się różne fronty i ideologie polityczne. Nic nowego. Na całym świecie różne stowarzyszenia studenckie mają swoje przekonania i popierają jedną lub drugą stronę barykady. W Kolumbii jednak ze względu na zagmatwaną i brutalną historię konfliktu taka działalność może nieść ze sobą bardzo poważne konsekwencje. Studenci popierający ugrupowania lewicujące w stylu najbardziej znanego FARC lub innych mniejszych ideologicznych organizacji partyzanckich muszą szalenie uważać. Ugrupowania paramilitarne infiltrują uczelnie w wyniku których dochodzi do sytuacji, w których studenci znikają bezpowrotnie. Brzmi to jak scenariusz jakiegoś przerażającego filmu. Dopytywałem Cesara o szczegóły. Kilka miesięcy przed naszą rozmową doszło do takiej sytuacji na uczelni Cesara. Nikt na szczęście nie został uprowadzony przez paramilitarnych ale terror wśród studentów został zasiany. Ugrupowania paramilitarne działają jak pewnego rodzaju Janosik. Lub może w tej sytuacji lepszym porównaniem byłby gangster wymuszający haracz. Pilnują “porządku” na swoim terytorium, za porządek uznając swoje własne zasady. W Soachy, o której moim zdaniem najważniejszy materiał wideo na moim kanale mieliście już okazję zobaczyć tutaj, miasteczku niezwykle ubogim, w którym nędza niektórych dzielnic jest zatrważająca porządku strzegą właśnie paramilitarni.
Sprowadza się to do tego, że lewicujące poglądy, ale także handel i spożywanie narkotyków jest zakazane. Jeśli stróże przyuważą któregoś z mieszkańców na powyższym procederze jego nazwisko pojawia się na słupie, co równoznaczne jest z nakazem zaprzestania tego co robi i często koniecznością opuszczenia miejsca zamieszkania.
Jak ta historia ma się do mojego zajścia w autobusie? Być może uliczny artysta powiązany był w jakiś sposób z ugrupowaniami lewicującymi? Być może uznał, że moje wideo może trafić w ręce paramilitarnych, którzy z kolei zlokalizują go później na uniwersytecie w Bogocie. Tak wyjaśnił mi to Cesar. Coś co pierwotnie wydawało mi się gburowatością, w rzeczywistości okazało się być troską o własne życie. Okazało się być strachem przed czymś co dla mnie jest tak obce, tak nieznane i tak zatrważające, że aż nieprawdopodobne. Rok w Ameryce Południowej, a wciąż tak wiele rzeczy mnie zaskakuje. Dzika Ameryka Łacińska. Pewnie tak, ale i tak jest to najwspanialszy kontynent na jakim do tej pory przyszło mi mieszkać.
Jeśli chcecie poznać więcej historii Krakusa w Ameryce Łacińskiej zapraszam na mój kanał Youtube, na którym staram się podzielić się z Polską najciekawszymi historiami z tego kontynentu. Pozdrawiam i do usłyszenia!
