Prawdziwymi aniołami są jednak ludzie, których poznałem w Limie rok temu i których teraz przy finiszu tego etapu mojej wyprawy ponownie odwiedziłem. Mowa o pracownikach sierocińca dla dzieci z głębokim stopniem upośledzenia fizycznego i psychicznego. Ludzie, którzy dzień w dzień wykonują tą samą pracę, z takim samym poświęceniem nie zważając na brak choćby cienia nadziei na poprawienie sytuacji dzieciaków. Fajnie pracuje się fizycznie kiedy rano podchodzisz z łopatą i nie ma dziury, a odchodząc po południu dziura jest. Jest pień który trzeba usunąć. Rach i ciach, pnia nie ma. Ściana wymalowana. Szałas postawiony. Prodżekt Realajzd. KPI odfajkowane. Checked!
Tylko, że tutaj w sierocińcu sytuacja, która mnie zastała po roku jest identyczna jak ta rok temu. Żadne z dzieci w magiczny sposób nie ozdrowieje. Jedyne wyznaczniki sukcesu pracy tutejszych Aniołów to to czy dane dziecko uśmiechnie się dziś czy nie. Czy jego niewidzące spojrzenie pod wpływem bodźca skieruje się na chwile w stronę opiekuna czy nie.
Ech, przeczytałem właśnie mój pierwszy tekst, który napisałem na blogu rok temu. Chyba odrobinę bardziej grubo ciosany niż jestem dziś, ale do rzeczy i niestety niezmiennie - na czasie. Zapraszam do zapoznania się z początkiem mojej historii tutaj >>>
Jeśli czyjaś praca zasługuje na wyróżnienie to właśnie takich osób jak pracownicy domu dziecka w Limie. Psychologowie, rehabilitanci, pielęgniarki. Osoby, które z syzyfowym uporem dzień za dniem prą do przodu troszcząc się o tych, o których nikt nie pamięta.
